środa, 1 maja 2013

Majówka na Wielkiej Fatrze!

W tym roku znowu czekało mnie nowe pasmo górskie do poznania – tym razem Wielka Fatra. Kiedy zapisywałam się na ten wyjazd, nie wiedziałam o tym paśmie dosłownie nic. Zaczęłam szukać w internecie jakiegoś przewodnika. Okazało się, że z tym jest problem, bo najbardziej polecana książka wydawnictwa Rewasz już się dawno wyczerpała i jedne, co można dostać, to egzemplarz z drugiej ręki. Taki też kupiłam, niezupełnie świadomie ;) Moja mina przy ladzie w księgarni pewnie była bezcenna, ale uznałam, że skoro tułałam się po Warszawie taki kawał drogi, to już wydam te parę groszy. Przewodnik po Wielkiej Fatrze można by uznać za suchy tekst, zdjęć tyle co nic, ale muszę przyznać, że ilością informacji można go porównać nawet do tatrzańskich przewodników Józefa Nyki. Opłacało się!
Aby dotrzeć na Wielką Fatrę, musiałam nocą jechać do Krakowa, gdzie nad ranem byłam umówiona ze znajomymi. W Nowym Targu czekało na nas śniadanie przyrządzone przez koleżankę Iwonkę, tak miło to bardzo rzadko zdarza mi się rozpocząć wyjazd w góry – domowym śniadaniem. Po drodze Iwonka opowiedziała o historii Inków na Podhalu, skarbach jakiego znaleziono w Niedzicy i tym zasiała moją ciekawość.
Pierwszego dnia mieliśmy w planie dość krótką wycieczkę „na rozgrzewkę”. Zakwaterowani byliśmy w Liptowskiej Osadzie w domku o nazwie Relax. Cóż za miłe skojarzenie, ale takie złudne, bo na Wielkiej Fatrze trzeba się mocno natrudzić, by zdobyć ciekawy szczyt. Dla mnie był to wyjazd też na inny sposób wyjątkowy: pierwszy raz będę robić zdjęcia moim nowym aparatem! Co wyjdzie?
Z Liptowskich Rewuczy (635 m) udaliśmy się żółtym szlakiem na Północną Przełęcz Rakitowską, z której wiedzie zielony szlak na Rakitow. 
Szlak wiedzie przez Dolinę Ciepłą, która z obu stron jest zamknięta wysokimi zboczami gór. Nazwa doliny chyba nie jest przypadkowa, bo rzeczywiście było tam bardzo ciepło, nie zaznaliśmy chyba żadnego powiewu wiatru, a tego upalnego dnia bardzo nam tego brakowało. 

Na upał jednak nie wypadało narzekać, bo w Polsce majówka miała być stabilna, czyli ciągle zimno i deszcz.  Dolina Ciepła ciągnie się około 4km, potem szlak zaczyna ostro iść do góry i tak biegnie aż do Północnej Przełęczy Rakitowskiej. Po drodze minęliśmy polanę, na której znajduje się bacówka Limba (1210 m), zbudowana nad stawem z dnem pokrytym mchami. W bacówce można się zakwaterować, ale trzeba mieć własny śpiwór i nie ma co liczyć na luksusy. Zamieniłyśmy z Iwonką parę słów z hatarem, nie było to do końca takie łatwe, bo on (jak dla mnie) bardzo szybko mówił po słowacku, ale zrozumiał, że chodzi nam o numer telefonu, podał też adres strony internetowej bacówki: http://www.limba.estranky.sk/ Z polany roztacza się piękny widok na Tatry Niżne (najbardziej rzucały się w oczy m. in. Salatyn i Tołsta) i inne góry.



Po odpoczynku udaliśmy się w dalszą trasę, do pokonania mieliśmy jeszcze ponad 350m przewyższenia. Szlak wiódł stromymi stokami Rakitowa, nie trzeba być ekspertem, by domyślić się jak często muszą schodzić tam zimą lawiny (z resztą Wielka Fatra słynie z częstych lawin). 
Po dotarciu na Północną Przełęcz Rakitowską (1375m) i krótkim odpoczynku udaliśmy się zielonym szlakiem w stronę szczytu Rakitowa. Szlak był jeszcze zasypany śniegiem, ale nie było go bardzo dużo, nie obsuwał się, można było bezpiecznie wejść na górę, bez raczków/ raków, jedynie kijki były pomocne.

Szczyt Rakitowa (1567m) jest dosyć wypłaszczony, ale w porównaniu do innych szczytów Wielkiej Fatry jednak dość mały. Na jego środku stoi krzyż. Rakitow jest znany z przepięknych widoków, można z niego podziwiać oczywiście Wielką Fatrę, Niżne Tatry, Tatry Zachodnie (które majaczyły nam zza chmur), Małą Fatrę.




Zejście na Południową Przełęcz Rakitowską (1295m) jest równie strome jak podejście od północy. Wieńczy ją przejście przez bramę skalną, której ściany mają wysokość ok. 6m. 


Przyznam, że po tylu godzinach dreptania byłam już wykończona. Na dodatek w moim bukłaku zaczęła się kończyć woda. Widziałam, że jeszcze bardzo duży dystans przed nami, a ta świadomość, że nie mam nic do picia w taki upał nie była pokrzepiająca, zaczęło mnie to wręcz stresować i coraz ciężej mi się szło.  Po przetrawersowaniu Mincola i Gruna dotarliśmy na halę, z której roztacza się widok na Czarny Kamień (1479m). Szczyt tej góry nie jest dostępny turystycznie, ze względu na walory przyrodnicze utworzono tam rezerwat. Na tej hali zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Kolega Grześ miał na szczęście całą butelkę wody i uratował mnie, bo inaczej po prostu padłabym z pragnienia, a tak na serio, to rzeczywiście mogłabym się niepotrzebnie odwodnić albo nawet dostać udaru. Odpoczywaliśmy tam co najmniej godzinę, ja nawet ucięłam sobie drzemkę :)  

Od Przełęczy pod Czarnym Kamieniem (1266m) szlak skręca w lewo i zmienia kolor z zielonego na czerwony. Teraz ostro w dół schodziliśmy do środkowej części Liptowskich Rewuczy. Na końcu szlaku mieliśmy niespodziankę, gdyż musieliśmy przekroczyć potok bez kładki. Z obawy, żeby nie przemoczyć butów, postanowiłam je zdjąć i przejść po potoku. Jakoś nigdy tego nie lubię, a ten potok nie wyglądał na najczystszy i niestety też nie pachniał… 

sobota, 6 kwietnia 2013

Łysogóry

Dziś mieliśmy w planie przejść czerwony szlak Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Parę minut po 9-tej, niebieskim szlakiem (tzw. Drogą Królewską), dotarliśmy na szczyt Łysej Góry, zwanej też Łyścem (wys. 594 m n.p.m.). Pogoda niestety nie rozpieszczała nas była gęsta mgła i jakież było moje zdziwienie, gdy podniosłam głowę do góry i na 2-3 metry przede mną dostrzegłam mur. 

Na Łysej Górze znajduje się klasztor Święty Krzyż, gdzie znajdują się relikwie krzyża Jezusa. Tam miał na nas czekać przewodnik, by oprowadzić nas po klasztorze. Niestety zbiegiem okoliczności nie mógł przybyć, dlatego zwiedziliśmy klasztor we własnym zakresie, a część osób zeszła też do krypt. Następnie czerwonym szlakiem im. Edmunda Massalskiego udaliśmy się w stronę Świętej Katarzyny. Wielu miejscowych mówiło nam, że zwykle idzie się tam 8 godzin, a w zimowych warunkach to pewnie i z 10. Dziwiło nas to trochę, bo mapy pokazywały ok. 5 godzin na cały szlak, ale rzeczywiście nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Zaraz poniżej klasztoru znajduje się taras widokowy na gołoborza (czyli rumowiska skalne), które niestety były przysypane śniegiem. 


Szlak biegnie tuż obok obszarów ochrony ścisłej, najczęściej terenem zalesionym, miejscami jednak biegnie na skraju parku, dzięki czemu otwierały się widoki (choć mocno ograniczone przez chmury i zamglenia) na inne „pasma” Gór Świętokrzyskich (to, którym wędrowaliśmy to Łysogóry). Mniej więcej po przejściu 1/3 szlaku zorientowaliśmy się, że prognozy przejścia szlaku w 8 godzin były mocno przesadzone, ale oznaczało to tyle, że będziemy mieć więcej czasu wieczorem. 


Mniej więcej ok. godziny 14-tej wszyscy zdobyli Łysicę – najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich, osiągający 612 m n.p.m. 

Grupa, tak jak zwykle, zdobywała poszczególne punkty szlaku o różnej porze, jeden z kolegów zostawiał nam kartki :) Na końcu czerwonego szlaku, u stóp Łysicy, znajduje się źródło świętego Franciszka, które według legendy powstało z łez wypłakanych przez  pewną dziewczynę po stracie siostry i ukochanego. Podobno woda ze źródła miała cudownie leczyć wzrok.


Wieczorem jeden z kolegów opowiedział na czym polega nabieranie aklimatyzacji, asekuracja podczas przekraczania lodowców oraz jak uniknąć choroby wysokogórskiej.  Janusz przywiózł ze sobą linę i pozwolił wszystkim potrenować wiązanie ósemki, motylka i prusika. Później były już tylko tańce, hulanki i swawole :) to tak na zakończenie wyjazdu.


piątek, 5 kwietnia 2013

Atrakcje Gór Świętokrzyskich

Tym razem celem mojego wyjazdu były Góry Świętokrzyskie. Co prawda przez te kilka dni nie da się poznać wszystkich atrakcji, ale można poznać w góry w soczewce. Miał to być wyjazd wiosenny, no niestety śnieg na to nie pozwolił. Naszą bazą startową było schronisko młodzieżowe Pod Pielgrzymem, mieści się ono w miejscowości Nowa Słupia.
O godzinie 11-tej wyruszyliśmy do Bodzentyna, gdzie znajdują się ruiny zamku wzniesionego w XIV wieku na polecenie założyciela miasta – biskupa Bodzętego (podawano również: Bodzanta). Zamek ten znajduje się na skarpie, którą otaczały fortyfikacje miejskie, opływa go rzeka Psarka. Prawie do końca XVIII w. zamek był siedzibą biskupów krakowskich, na początku XIX w. budynek przejęło państwo, do 1814 r. mieścił się tu spichlerz i szpital, ale później niestety ściany zaczęto rozbierać celem pozyskania budulca. W 1902 r. zamek w Bodzentynie wpisano do rejestru zabytków. Z zamkiem wiąże się pewna legenda. Mianowicie w lochach więżono arian i kalwinów, a jeden z nich, w akcie desperacji i wielkiego głodu zjadł księgę z postulatami swojej wiary.


Kolejnym naszym celem było odwiedzenie pomnika przyrody – dębu Bartek. Być może to pogoda nie była sprzyjająca, ale widok Bartka był niezwykle przygnębiający, drzewo jest w opłakanym stanie. Jego konary są wsparte metalowymi podporami, a pień zabudowany deskami, co ma go uchronić o dalszych zniszczeń i chorób. Bartek jest jednym z najstarszych dębów w Polsce, jego wiek określa się na 700-1000 lat.

Stamtąd udaliśmy się do Chęcin, gdzie znajduje się Jaskinia Raj. Aby ją zwiedzić musieliśmy podzielić się na dwie grupy, ponieważ przewodnik obsługiwał tylko 15 osób. W jaskini tej można zobaczyć bogatą szatę naciekową: stalagmity, stalaktyty i stalagnaty. Mieszkają tam też „żyjątka”, najpopularniejsze są oczywiście nietoperze – gacki (część z nich spała, najciekawsza była kolonia ok. 60 nietoperzy śpiących w grupie, część fruwała między ścianami jaskini), a największą grozę (przynajmniej u części z nas) wzbudziły jadowite pająki.
Po zwiedzaniu Jaskini Raj mieliśmy udać się do zamku w Chęcinach. Niestety okazało się, że zamek jest zamknięty i nici ze zwiedzania :( Dlatego udaliśmy się w drogę powrotną, ustalając, że każdy we własnym zakresie znajdzie knajpkę, gdzie będzie mógł się posilić. Okazało się, że wcale to nie jest takie proste, ponieważ w jednej z kieleckich restauracji podawano tylko gęsie pipki, kelner bardzo nas namawiał do spróbowania tego specjału mówiąc „karkówki (itp.) akurat nie ma, ale za to są gęsie pipki, gotujemy je od 8-miu godzin”, nie chcieliśmy jednak grupowo jeść jednego i tego samego dania, chcieliśmy zaznać różnych smaków ;) Kelner był tak zdesperowany, że chciał nas poczęstować gęsimi pipkami nawet za darmo, ale stwierdziliśmy, że jednak poszukamy innego miejsca. Musieliśmy przejechać spory kawałek drogi zanim znaleźliśmy kolejną knajpę, dlatego bez wahania zatrzymaliśmy się przy pierwszej napotkanej i… okazało się, że w środku jest już grupa naszych znajomych, którzy nie kluczyli wcześniej po Kielcach. Myślę, że obsługa nie spodziewała się takiego szturmu, obawialiśmy się nawet, że z każdym kolejnym zamówieniem, kucharka ucieknie z piskiem. Spędziliśmy tam dobre 2,5h, żołądki przylegały nam już do kręgosłupów, ale dania na szczęście były smaczne a menu było bardziej rozbudowane niż to w kieleckiej restauracji staropolsko-żydowskiej. Po wyjściu stwierdziliśmy, że trzeba sprawdzić jak się nazywa jedyna restauracja w promieniu kilkunastu kilometrów i okazuje się, że nieprzypadkowo ta knajpa to Biały Kruk! (Znajduje się ona w miejscowości Górno).

Wieczorem w schronisku pojawiało się coraz więcej osób, a po całym dniu zwiedzania chciałoby się napić najlepszego i najbardziej uniwersalnego napoju na P, ale cóż poradzić, jeśli organizatorowi wyraźnie powiedziano, że alkohol nie jest tolerowany, co więcej na straży bezpieczeństwa lokalu (bo chyba nie naszego) postawiono dwóch ochroniarzy (to był dla nas ogromny szok). Uaktywniła się nam jednak kreatywność i postanowiliśmy przygotować puszkom „ubranka” z serwetek, sklejając je metkami na ceny (część osób po prostu wyciągnęła kubki, ale nasze etui, które nazwaliśmy lampionami samo w sobie poprawiało nam nastrój). Kryliśmy się jak za czasów liceum, śmiechu przy tym było co nie miara. 

sobota, 9 marca 2013

Diery (Mała Fatra). Okno pogodowe w dziurze

W piątkę postanowiliśmy odwiedzić Małą Fatrę i Diery, czyli wysokie wąwozy skalne, wyrzeźbione przez Dierowy Potok. Alternatywą miał być Wielki Chocz w Górach Choczańskich. Niestety całą drogę na Słowację było mgliście, w prognozach też nie dawano nam żadnej nadziei, zapowiadano ulewne deszcze, ewentualnie deszcz ze śniegiem. Uznaliśmy, że skoro na widoki nie ma szans, to udaliśmy się do Stefanowej, by stamtąd Doliną Wratną udać się przez Dolne Diery do Nowych Dier.
Diery znajdują się pomiędzy Małym i Wielkim Rozstucem oraz Bobotami, szczyty tych dwóch pierwszych było doskonale widać.



Żółtym szlakiem doszliśmy do Koliby Podziar (w tym czasie była zamknięta), gdzie zjedliśmy drugie śniadanie, po czym udaliśmy się niebieskim szlakiem w Dolne Diery. Trasa biegnie bardzo blisko potoku, trzeba chodzić po wystających kamieniach i uważać, by nie wpaść do wody. Miejscami ścieżka była zalodzona, dzięki czemu było nieco łatwiej, zwłaszcza po założeniu raczków, ale nie wszędzie było tak wesoło. Pierwszym miejscem pełnym emocji (głównie adrenaliny) był uskok, właściwie nieduży, który był całkowicie pokryty lodem. Ja trochę bezwiednie zjechałam z niego na pupie, na szczęście nie wpadłam do wody i poza tym Grześ z Mirkiem, mimo, że zarzekali się, iż łapać nas nie będą, bardzo pomagali nam w chwilach „grozy”. Przy tym miejscu uciekło nam trochę czasu, a kiedy podnieśliśmy głowy do góry, okazało się, że… jest błękitne niebo… Każdy z nas zapragnął wtedy być w drodze na Chocza, a nie w wąwozie, zamkniętym od widoków…



Dalsza droga w Dierach dodawała coraz więcej wrażeń, ponieważ lodu było za mało by swobodnie po nim chodzić, z kolei wody jakby dużo – czas roztopów nie jest najlepszy na zwiedzanie Dier. Lodospadów było dosyć mało. Dopiero za skrzyżowaniem szlaków ukazały się formacje lodowe, ale wszędzie kapała woda i nie dało się zaprzeczyć, że wiosna zbliża się wielkimi krokami. Po drodze pokonywaliśmy mostki i metalowe drabinki, chyboczące się na wszystkie strony, raz bliżej ziemi (a raczej wartkiego potoku), raz sporo wyżej. W wielu miejscach musieliśmy pokonywać potok po śliskich kamieniach, mi raz uciekła noga i już byłam pewna, że mam buty pełne wody, na szczęście to tylko niska temperatura dała takie wrażenie, bo w chlupoczącym bucie nie byłoby przyjemnie wędrować dalej. 

Około 12 przeszliśmy już Diery Dolne i Nove. Trójka z nas zapragnęła, by jednak spróbować zdobyć Wielkiego Chocza, chociaż na sam zachód słońca. Myślę, że każdy z nas miał niedosyt widoków, zwłaszcza, jeśli cały czas nad nami było piękne, niebieskie niebo. Niestety uznaliśmy wspólnie, iż jest już zbyt późno, by startować na Chocza, zwłaszcza z tego powodu, że ja nie nadążyłabym za grupą i z wielkim żalem i niedosytem zrezygnowaliśmy z tego celu. Niebawem niebo znów zasnuło się chmurami i tak naprawdę ciężko byłoby teraz stwierdzić, czy mielibyśmy z Chocza jakieś widoki. 

piątek, 8 marca 2013

Sokolica. Po złej stronie Dunajca

Dzień 8 marca 2013 r. postanowiłam uczcić wyjazdem w góry. Początkowo istniał plan wejścia na Babią Górę, jako odwet z samą sobą, gdy zrezygnowałam z wejścia w lutym br. Niestety prognozy były nieubłagane: bezchmurnego nieba, a tym bardziej widoczności – nie zapowiadano, dlatego wydawało się, że nie warto pchać się bardzo wysoko.
Wraz z Halinką udałyśmy się z Nowego Targu do Krościenka, a stamtąd zielonym szlakiem na Sokolicę.
Sokolica to szczyt o wysokości 747 m n.p.m., znajdujący się w tzw. Pieninkach (Pieniny Środkowe).
Dojście do szlaku przez miasto zajmuje ok. 15 minut, wiedzie ulicą św. Kingi i dłużyło nam się, gdyż nie ma tam niczego ciekawego. Na szczęście już niebawem  weszłyśmy na właściwy szlak, przez chwilę wiodący lewym brzegiem Dunajca. Na ścieżce było mnóstwo zbitego śniegu i lodu, po których nie szło się łatwo, ale skutecznie omijałyśmy te miejsca, bo nie chciałyśmy zakładać raczków (Halinka) i raków (ja). Za chwilę szlak skręcił w prawo do góry i tu na przemian były lód i śliskie liście, dlatego kluczyłyśmy po bokach w lesie, gubiąc czasami szlak.
Po pewnym czasie po lewej stronie zobaczyłyśmy ciekawe głazy porośnięte zielonym mchem. Okazało się, że jest to wylot jaskini o nazwie Dziury. Jest to jaskinia o długości 95 m, jej głębokość wynosi 16 m.

Za chwilę doszłyśmy do polany Mały Sosnów, która znajduje się tuż pod przełęczą Sosnów (650 m n.p.m.) – niegdyś te miejsca nosiły jedną nazwę.
Na przełęczy Sosnów znajduje się tablica informacyjna i ławeczki, gdzie postanowiłyśmy zjeść drugie śniadanie. Do szczytu Sokolicy zostało tylko 15 minut, ale dzień był dosyć wietrzny, więc wolałyśmy zostać w miejscu, gdzie są jeszcze drzewa. Niedługo czekałyśmy na kompanów do kanapki. Nie minęło parę minut, a niespodziewanie byłabym pozbawiona kanapek, które leżały w pudełku na moich kolanach. Tym intruzem był kowalik, a właściwie cała banda kowalików, która najwidoczniej czekała aż podzielimy się okruchami chleba. Początkowo  uznałyśmy, że skoro nie wolno dokarmiać zwierząt w parku narodowym, to nie będziemy tego robić, ale po kilku próbach sfotografowania tych ptaków (byłyśmy pewne, że to dzięcioły, stwierdziłyśmy to po długich dzióbkach i po stukaniu po gałęziach), postanowiłyśmy oddać trochę swojego jedzenia. Okazało się, że kowaliki były sprytniejsze od nas, bo tak szybko zabierały okruchy, że i tak nie dało się zrobić ostrego zdjęcia (naszymi aparatami).

Na przełęczy Sosnów wkroczyłyśmy się niebieski szlak zwany Sokolą Percią. Na lewo prowadzi on na Sokolicę, na prawo na Czertezik. Niedaleko od przełęczy rozdzielającej te dwa szczyty, musiałyśmy założyć raczki i raki, bo lodu było sporo i nie chciałyśmy ryzykować upadkiem. Do szczytu Sokolicy prowadzą zbudowane z głazów schodki, obok których są poręcze, bardzo one nam pomagały przy wejściu.
Ze szczytu Sokolicy rozciąga się wspaniały widok na przełom Dunajca, który płynie 310 metrów niżej, Trzy Korony oraz charakterystyczne reliktowe sosny, które mają ok. 500 lat. Przy dobrej pogodzie można także podziwiać Tatry, ale my niestety nie miałyśmy tego szczęścia, musiały nam wystarczyć Pieniny.





Tuż pod szczytem Sokolicy jest rozejście szlaków – na przełęcz Sosnów oraz do Szczawnicy. Z Halinką byłyśmy zdeterminowane, by pójść do Szczawnicy, bo przeczytałyśmy na stronie internetowej Podhale24.pl, że eleganccy panowie będą rozdawać tam paniom z okazji ich święta kwiatki. Dlatego też od razu skręciłyśmy w prawo do Szczawnicy. Szlak dość ostro biegnie w dół, ponad połowę szlaku szłyśmy  jeszcze w raczkach i rakach. W pewnym momencie naszym oczom ukazał się Dunajec i wtedy przyszło otrzeźwienie, że zeszłyśmy do przeprawy promowej (tzw. Nowy Przewóz), która działa dopiero od 15 kwietnia. Najpierw rozważałyśmy czy mamy ochotę iść z powrotem na górę, czy spróbujemy trochę po krzakach dojść do jakiegoś mostu. Po konsultacji telefonicznej z Iwonką, byłyśmy już pewne, że jakoś dotrzemy do Krościenka, ale zajmie nam to minimum 1,5 godziny. Po drodze mijałyśmy domostwa i było widać słupy wysokiego napięcia, więc byłyśmy pewne, że jakoś ci ludzie do domu docierają. Jednak, gdy zobaczyłyśmy przymocowaną do brzegu łódkę, uświadomiło to nas, że do Krościenka wcale nie jest tak blisko. (Przypuszczam, że ktoś własną łódką przepływa Dunajec, by szybciej dostać się na drugą stronę rzeki, bo drogą zajęłoby to zbyt wiele czasu). Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że dotarłyśmy do miejsca, gdzie weszłyśmy rano na szlak. Jeszcze bardziej dziwi mnie, że na mapie nie ma tu szlaku, na szczęście wyraźnie widać ścieżkę, jednak podejrzewam, iż znaleźliby się tacy, którzy poszliby z powrotem na Sokolicę. 
Nasza pomyłka wywołała u nas mnóstwo śmiechu, wycieczka nie była wyczerpująca, miałyśmy siłę dreptać dalej, jedyne czego było żal, to czasu na szykowanie się na wspaniały wieczór ze znajomymi w kawiarni Deja Vue w Nowym Targu. Na szczęście mimo, że nie dotarłyśmy do Szczawnicy, gdzie miały być rozdawane kwiatki na Dzień Kobiet, znalazło się paru dżentelmenów w Nowym Targu, którzy obdarowali nas pięknymi tulipanami.